fbpx
  • Home
  • /
  • Kraje
  • /
  • Berat – perełka na mapie Albanii

Berat – perełka na mapie Albanii

… gdy rano budzimy się, po policjantach nie ma śladu…
Jacy policjanci, co, gdzie, jak? -> odpowiedzi szukaj o tutaj

Wyjazd do Albanii należy do tych mocno budżetowych. Dlatego też za apartament dla nowożeńców służy nam Honda Civic, a za restaurację kuchenka gazowa, patelnia i zupki w proszku. Herbata, kawa, żurek z grzankami, tyle dobra i to za jednym podgrzaniem wody! Magda Gessler, widząc nasze kulinarne poczynania wyrwałaby sobie te przypominające makaron z Vifona włosy.

FUN FACT: to akurat ta firma była nieświadomym sponsorem większości naszych posiłków…
Zły dietetyk, zły!

W drodze do perełki: Przystanek Kruja

Droga do celu długa jest, dlatego warto wspomnieć o ruchu drogowym w Albanii, którego charakter mogłabym przyrównać do pobytu emerytów w sanatorium z nielimitowanym dostępem do Viagry. Jest ogień. To co się tutaj dzieje, można opisać stwierdzeniem: jeżeli coś jest zakazane, ale bardzo tego chcesz, to można. Jazda pod prąd, albo i w poprzek, olewanie wszelkich znaków dotyczących pierwszeństwa przejazdu, krowy i osły na autostradzie i …. ronda. Serio? SERIO! Przed wyruszeniem pożegnaj się z lekarzem bądź farmaceutą.

Liczne nagrobki przy drodze dają do myślenia …

W Kruji zaglądamy do ruin zamku, który co by tu dużo mówić, jest ruiną. Szwendamy się trochę po tureckim targu w stylu „hello my friend, good price”. Jednakże “price” wcale nie jest dobra, więc olewamy sprawę i idziemy na targ warzywny. To jest coś, co PlusKoty lubią najbardziej. Lokalsów na lokalnym targu z lokalnymi wyrobami, czyli lokalność na maxa.

Berat – miasto tysiąca okien

Berat to małe, przeurocze, przeklimatyczne i przecudowne miasteczko wpisane na listę UNESCO. Jakbyście się jeszcze nie domyślili to taka szarlotka na ciepło z podwójną porcją lodów z bitą śmietaną, polana sosem czekoladowym i okraszona zajedwabistością.

Berat

Po przyjeździe i krótkich poszukiwaniach, które pozwalają nam odkryć alternatywne zakątki miasta, znajdujemy nasz camping, który okazuje się … wypaśnym hotelem. Takie rozczarowania to ja lubię. Cena jest przystępna, pokój zacny i mamy własny mini-taras z widokiem na okolice. Bajeczka!

Powiadają , iż droga do serca prowadzi przez żołądek i dokładnie w ten sposób Berat zdobywa nasz centralny narząd układu krwionośnego. Głównym konkwistadorem okazuje się restauracja Antigoni, która oprócz fantastycznego jedzenia serwuje równie fenomenalne widoki na miasto tysiąca okien i okiennic. Uczta dla oczu i jelit.

Berat

Berat i jego twierdza

Po konsumpcji czas na wysiłek. Do zamku, strategicznie usytuowanego na szczycie dumnie panującej nad miastem góry (a jakżeby inaczej?), wiodą dwie drogi:

  • Płatna (koszt 1 euro) i cywilizowana, dostępna dla każdego śmiertelnika przemieszczającego się za pomocą nóg
  • Darmowa, pod górę, przez krzaczory i zarośla, z żulem mietkiem w trakcie oddawania uryny, zakończonej skokiem przez mur przypominającym Wałęsę w 1980r. Brawo Ty! Jesteś całe 4zł29gr (kurs z dnia 7.04.2019) do przodu! Życie sobie ułożysz, dzieci na studia wyślesz!

Nie bądź Janusze, wejdź przez bramę.

Twierdza to taki przyczajony tygrys, ukryty smok. Z centrum miasta prawie niewidoczna i dopiero po przekroczeniu jego murów pokazuje kotku, co ma w środku. I robi to dobrze. Nie jest to zwykła, nudna, opuszczona ruina, która wymaga wyobraźni braci Grimm (obu), by wyimaginować sobie jak wyglądała tu ludzka egzystencja, bo życie wciąż się dzieje tu i teraz! Część budynków jest nadal zamieszkanych, w  przydomowych ogródkach pod ciężarem owoców uginają się drzewa, a w krętych uliczkach kwitnie handel obrusami i chustami. Zaprawdę powiadam Wam, nie ma nic lepszego, niż zgubić się w labiryncie tego żywego muzeum. 

Berat
Berat

Mission (im)possible

W drodze powrotnej postanawiamy kupić wino, jednakże większość sklepów jest już pozamykanych, a w pozostałych przybytkach, ku naszemu bezbrzeżnemu zdziwieniu, nie posiadają tego napoju Bogów. Dlatego też ostatni spożywczak na drodze traktujemy jak oazę na pustyni, czynny kebab o 3 nad ranem, czystą toaletę w pociągu PKP relacji Katowice-Mielno.

Wchodzimy do środka, pytamy o wino, a pani nie czai. Wypowiadamy słowo „wino” we wszystkich znanych nam językach, próbujemy „Wein”, „wino”, „wine”, „vino” i nic. Z pomocą przychodzi nam podsklepowy ochlaptus, który dobrze wyczuwa/rozumie/zna nasze potrzeby i mówi do pani: „wiiiino”. I nagle pani już wie! Idzie do magazynku i z czeluści wyciąga jakąś plastikowa butelkę. Z początku myślimy, że chce nam jakiś ocet wcisnąć czy coś. Kosztuję więc łyczek i okazuje się, że to czyste, domowej roboty, mniamniuśne wino! Wieczór spędzamy pod nieboskłonem pełnym gwiazd, poświęcając wątrobę w celu wsparcia lokalnych twórców przetworów destylowanych i fermentowanych, a wszystko to w towarzystwie orkiestry cykad. Czego więcej chcieć od życia?

Berat – zwiedzanie alternatywne

Skoro świat (no … prawie) wyruszamy w góry na punkt widokowy, który polecił nam ziomek z hotelu. Po pierwszym wzniesieniu przypominam sobie, czemu nie chodzę po górach. Idziemy i idziemy, i utyskujemy na to, że zachciało nam się iść. Dawid spostrzega jakiś budynek w oddali, więc zakładamy, iż to właśnie jest cel naszej wędrówki. A że akurat jesteśmy w zupełnie innym miejscu i totalnie nie chce nam się wracać na szlak, toteż leziemy przez jakieś chaszcze. W ten nagły i niespodziewany sposób znajdujemy się wśród uginających się pod obfitością owoców drzewek.

Darmowe jedzenie jest zawsze dobre (i darmowe), więc delektujemy się czereśniami, które dojrzały na górskim zboczu w promieniach albańskiego słońca. W skrócie: om nom nom. Posileni i zadowoleni docieramy w końcu do wspomnianego wyżej budynku i okazuje się iż żaden to punkt widokowy, tylko (cóż za zaskoczenie) opuszczony budynek. Tymczasem miejsce, gdzie mamy dotrzeć znajduje się jakieś 100m od punktu, w którym stwierdziliśmy, iż pobłądziliśmy. Wracamy więc przez sad, korzystając ponownie z darów natury i wkrótce jesteśmy już na miejscu. No pięknie jest. O tak jest:

Berat

W drodze powrotnej spotykamy panów z koszami na owoce. Czyżby szli po czereśnie? Przyspieszamy kroku…

Mądrość podróżnicza

W hotelu na późne, lecz zasłużone śniadanie jemy burki (takie tutejsze nadziewane placki) i prowadzimy dysput z Kanadyjczykiem, który jest w podroży od dziesięciu lat. Dzieli się z nami swoimi przemyśleniami, które odtąd stają się moją ideologią:

Podróżowanie nie polega na przemieszczaniu się z punktu A do B, ani też na dotarciu do celu. Znacznie ważniejsza w podróżowaniu jest droga, którą przemierzamy i ludzie, których na niej spotykamy”.
Włoczykij z Beratu

True story, bro!

Czas na nas i na Macedonie! Ale momencik …. co to za dziwne odgłosy wydaje z siebie Honda? Czemu na granicy kazali nam zjechać do hangaru na uboczu? Gdy znajdziemy się na zakręcie, co z nami będzie?

CDN …. 🙂

Z wykształcenia dietetyk, z zamiłowania podróżnik. Na swoim koncie ma 33 odwiedzone kraje i apetyt na zdecydowanie więcej. Maniaczka organizowania podróży na koniec świata. Podwładna dwóch rozpieszczonych kotów.

Dodaj komentarz

UA-130644767-1