fbpx
  • Home
  • /
  • Kraje
  • /
  • LAHIC – najpiękniejsze rozczarowanie

LAHIC – najpiękniejsze rozczarowanie

Lahic nie mieliśmy w ogóle w planach. Byliśmy przekonani, że znaleźliśmy znacznie ciekawsze miejscówki w Azerbejdżanie, dlatego też w naszym napiętym jak plandeka od Żuka planie na Lahic zabrakło już miejsca. 

A potem nie zdążyliśmy na samolot do Armenii. Mimo 3,5 godzinnego zapasu ... nie zdążyliśmy. Teoretycznie jadąc do Warszawy można spodziewać się korków, ale nie przewidzieliśmy tego, iż może zdarzyć się korek o 2 w nocy i to przed Piotrkowem Trybunalskim...

Pogodzeni z tym, że w każdej podróży musi się nam coś wysypać, wzięliśmy to na klatę i po prostu kupiliśmy bilet do Gruzji. Zyskaliśmy sporo czasu, więc dziury powstałe po Armenii, na którą już nie wystarczyłoby nam czasu, zatkaliśmy gruzińskim Parkiem Waszlowani, do którego od zawsze chcieliśmy pojechać i Lahic, do którego nie byliśmy pewni, czy w ogóle chcemy pojechać.

Niepewność związana była z krążącymi w Internetach informacjami, że jest to miasto oblegane przez turystów, niczym Malbork w 1410r. przez wojska polsko-litewskie. Na widok tłumu dostajemy drgawek i budzi się w nas instynkt mordercy, dlatego z zasady unikamy takich miejsc.

Jednakże mimo wszystko postanowiliśmy tam pojechać. Trochę z braku alternatyw, a trochę dlatego, iż Lahic, z zupełnie niezrozumiałych względów, przyciągało mnie niczym magnes.  

 

 

 

 

Lahic Azerbejdżan
Lahic Azerbejdżan
Lahic

Przez żołądek do serca

Po licznych zakrętach, fotoprzystankach i spacerze po przewieszonym nad przepaścią moście w wątpliwym stanie technicznym (czyli moim ulubionym!) dojechaliśmy w końcu do Lahic. Ruch kołowy zamknięty jest dla osób przybywających z zewnątrz, dlatego wysadzili nas na rogatkach.

Po dwóch nieudanych próbach znalezienia noclegu, zaczepił nas sympatyczny chłopak z dość korzystną ofertą. Wraz z Olą poszłyśmy sprawdzić miejscówkę. Okazało się, że dom należy do babci chłopaka, która od razu poczęstowała nas świeżo pieczonym chlebem i suszonymi owocami. Dokładnie tyle trzeba było, by mnie kupić.

Gdy wróciliśmy z powrotem wraz z naszymi plecakami i małżonkami, kobiecina tak się ucieszyła, że nas wyściskała i zaprosiła na herbatę wraz z jej siostrą i szwagierką.

Kalambury językowe

I pewnie milczelibyśmy sobie gromadnie, gdyby nie to, że był z nami Tomasz, który mówi w każdym języku, za wyjątkiem angielskiego. Jest świetnym dowodem na to, że jeżeli dwóch ludzi chce się dogadać, to się dogada. Tomek po prostu mówi do obcokrajowców po polsku (GŁOŚNO i WYRAŹNIE) i dołącza do tego dużą ilość gestów i sugestywną mimikę. Powstają w ten sposób swego rodzaju międzynarodowe kalambury, które są świetną zabawą dla wszystkich. Co ciekawe, Tomek jest w stanie załatwić dosłownie wszystko. Więc niech mi ktoś jeszcze spróbuje powiedzieć, iż nie podróżuje, bo nie zna języka, wtedy migiem wyśle go na korepetycje do Tomka!

Lahic Azerbejdżan

Przez cały pobyt kobiecina przygotowywała nam śniadania i obiadokolacje, i była to prawdziwa poezja kulinarna. A nic wyjątkowego tam nie zjedliśmy: jakiś kurczak, mięso, ryż i ziemniaki. Jednak wszystko było przesmażone na smalcu (zły dietetyk, zły!) i doprawione w tak fantastyczny sposób, że siedząc przy tym stole, wydawaliśmy odgłosy, jakbyśmy dubbingowali niemieckie filmy romantyczne. 

Raz tyko nie zjedliśmy u niej i w ten sposób przekonałam się, że nie przepadam za baraniną. Te mięso ze starego capa tak capiło, że zatruło mi cały wieczór w najbardziej dosadnym tego słowa znaczeniu. Nigdy więcej baraniny.

Mały, ale wariat

Samo Lahic ma niesamowity średniowieczny klimat – brukowane uliczki, drewniane zdobienia, transport kopytny wewnątrz miasta. To wszystko sprawia, iż ściągają tu turyści z całego kraju. I faktycznie w weekend było tam dość tłoczno, a w sezonie podobno nie widać drugiej strony ulicy. Na szczęście postanowiliśmy (tym razem) posłuchać przewodnika-dobra-rada i zajrzeć do Lahic w środku tygodnia. Miejscowi z nudów sami do nas zagadywali, chętnie odpowiadali na pytania, chwalili się swoimi tworami. Bo Lahic słynie z tego, ze działa tutaj wiele warsztatów, które w tradycyjny sposób wyrabiają swoje dzieła.

Lahic Azerbejdżan

Mokry sen fotografa

Gdy skończyły nam się drogi do błądzenia, wyruszyliśmy w góry, a tak właściwie pod górkę. Czemu? Nie wiem. Oboje nienawidzimy chodzić po górach, ale z jakiś niezrozumiałych dla mnie przyczyn postanowiłam tam wleźć. Zapału wystarczyło mi tylko na połowę drogi. Wkrótce doszłam do jedynego i słusznego wniosku: "To wy sobie idźcie dalej, a ja wracam do miasta". Gdy schodziłam i przeklinałam pod nosem na swoją głupotę, nagle coś mi zamigotało na horyzoncie. Źrenice się rozszerzyły, serce zaczęło szybciej pompować krew, a palce migiem powędrowały w stronę aparatu. Na taką chwilę czekałam, odkąd zobaczyłam zdjęcia Magdy Konik z przejścia owiec przez przełęcz Abano.

BARDZO chciałam mieć takie foty ze stadem owiec. Patrząc z perspektywy czasu mam wrażenie, iż wyłączyło mi wtedy mózg. Zaczęłam biegać w te i wewte po zboczu, zupełnie nie zważając na niechybne skręcenie kostki, bądź atak psa pasterskiego. I byłam nawet zadowolona z efektu końcowego, dopóki nie ujrzałam dawidowych zdjęć z drona. Temu staremu fartownemu piernikowi nie wystarczyło stado owiec przekraczających rzekę, on jeszcze uchwycił dwa zbiegające znikąd wielbłądy! Brakowało tylko, żeby jeszcze wszechświat pierdzielnął mu tęczę, a z nieba zaczął lecieć złoty deszcz.
Nie lubię go.

Lahic Azerbejdżan
Lahic Azerbejdżan
Lahic , Azerbejdżan

Nad przepaścią

Mudri to miejsce, o którym nie wiedzieliśmy, że w ogóle istnieje. Pojechaliśmy tam, bo wnuczek naszej gospodyni powiedział, że w okolicy są bardzo ładnie ośnieżone szczyty. Zamówiliśmy więc ładę 4x4 z kierowcą i ruszyliśmy pod górę. Pod pionową górę. Pod pionową, śliską i błotnistą górę. I dopóki wspinaliśmy się pod nią, było ok. Potem musieliśmy zjechać w dół, a auto wpadało w poślizgu i gasło naprzemiennie. Niekorzystnie, mając na względzie przepaść, w której kierunku zmierzaliśmy. Dawid spytał się mnie, czemu nie fotografuje. Odpowiedziałam "zaraz" i nie zrobiłam ani jednego zdjęcia.

Dla siedzących z tyłu była to niezła przygoda, tymczasem ja byłam przerażona. Zresztą nasz kierowca też był przerażony. Gdy dojechaliśmy na miejsce, wysiedliśmy z samochodu, mój wzrok napotkał jego wzrok i bez żadnych słów powiedzieliśmy sobie " ja pier....". A jeszcze czekała nas droga powrotna...

Mudri, ach Mudri!

W Mudri drogi składają się z mieszanki błota i odchodów zwierzęcych. Sama przyjemność. Jako, iż nie było nic innego w okolicy do zobaczenia, wyruszyliśmy na zwiedzanie wsi. Minął nas pan i zagadał "Czaj? czaj?" ("czaj" czyli herbata). Na początku serdecznie mu podziękowaliśmy, ale po chwili zastanowienia stwierdziliśmy: „a w sumie czemu nie?” Weszliśmy na podwórko, gdzie stała jego nieco zdezorientowana, acz uśmiechnięta żona. Zaprowadził nas na górę do pokoju gościnnego. Usiedliśmy.

No dobra. I w sumie... co dalej? Co my tu robimy? O czym z nimi rozmawiać? W jakim języku? Quo vadis? Za chwilę pan przybiegł ze swoim półrocznym dzieckiem, które trochę mu przeszkadzało w ugaszczaniu nas, więc je po prostu … odłożył. Ni z tego ni z owego, zamieniliśmy w opiekunki do dzieci, podczas gdy gospodarz zastawiał stół dobrami wszelakimi. Przyniósł nawet świeżo wydojone i jeszcze ciepłe mleko. Wszystko fajnie, ale mój żołądek jeszcze nie doszedł do siebie po wczorajszej baraninie, dlatego w głowie odbywały się skomplikowane kalkulacje: ”Albo pan się obrazi jak nie wypije tego mleka, albo pan obrazi się bardziej jak wypije i zwrócę je naturze”. Hmmm. Zignorowałam więc mleko, za to moi towarzysze stanęli na wysokości zadania i opróżnili szklanki, po czym ... dostali bardzo niechcianą dolewkę.

Na stole pojawiła się herbata, dżem, masło, chleb i sery. Mieliśmy dużą potrzebę odwdzięczenia się, więc oddaliśmy to, co akurat ze sobą wzięliśmy: pistacje, snickersa, zapalniczkę, a Ola podarowała nawet swoje kolczyki. Postanawiliśmy też odkupić od nich ten domowy i pyszny ser. Oczywiście nie chcieli od nas pieniędzy, zamiast tego przynieśi jeszcze więcej jedzenia. Wymiana podarków zaczynała się robić coraz bardziej absurdalna, ale ostatecznie oni przyjęli nasze prezenty, a my ich.

"Byłam wzruszona" to za mało powiedziane. To niesamowite, że są miejsca na Ziemi, gdzie zaprasza się do domu zupełnie obcego człowieka, nie zamienia się z nim ani jednego słowa, a jednocześnie sprawia, że delikwent czuje się jak członek rodziny. W takich momentach odzyskuję wiarę w człowieczeństwo.

Złe dobrego początki

Lahic i Mudri okazało się strzałem w dziesiątkę. Utwierdziło mnie w przekonaniu, że z każdego złego doświadczenia wynika coś dobrego. I że zdecydowanie powinnam zacząć w końcu ufać mojej intuicji. Nieraz uchroniła mnie od złego ("jeżeli czujesz, iż coś jest nie tak, to na pewno coś jest nie tak"), ale też pozwoliła przeżyć niesamowite chwile ("idź za tym panem i sprawdź, co kryje królicza nora"). Za jedno i drugie jestem jej bardzo wdzięczna.
Bo intuicja to potęga!

Lahic Azerbejdżan
Lahic, Azerbejdżan
Lahic Azerbejdżan
Lahic, Azerbejdżan
Lahic, Azerbejdżan

Z wykształcenia dietetyk, z zamiłowania podróżnik. Na swoim koncie ma 33 odwiedzone kraje i apetyt na zdecydowanie więcej. Maniaczka organizowania podróży na koniec świata. Podwładna dwóch rozpieszczonych kotów.

Dodaj komentarz

UA-130644767-1