fbpx

Rumunia – najpiękniejsze miejsca

Rumunia dała nam się we znaki. Większość polecanych w przewodnikach miejsc nas rozczarowała, a większość niepolecanych i przereklamowanych atrakcji, tych z serii „jak już będziesz w okolicy, to zajrzyj” okazała się strzałem w dziesiątkę. Dlatego też postanowiliśmy stworzyć swoją, bardzo subiektywną listę miejsc, które według nas w Rumunii warto zobaczyć. Mamy nadzieję, że dzięki niej unikniesz rozczarowań i zakochasz się w tym najbardziej nieokiełznanym skrawku Europy.

Salina Turda

Dotychczas jedynym moim skojarzeniem z kopalnią soli była wycieczka w podstawówce do Wieliczki, podczas której wychowawczyni musiała powstrzymywać moich towarzyszy od lizania ścian. Tymczasem w Salina Turda można zagrać w minigolfa, ping ponga, tenisa, usiąść w amfiteatrze, skorzystać z wifi, a wszystko to w słonej atmosferze, kojącej umęczone zatoki przynosowe.

Rumunia

Jednak to, co zrobiło na nas największe wrażenie to przejażdżka na diabelskim młynie. Wiem, że nie brzmi to zbyt ekscytująco, ale czy robiłeś to kiedyś 112 metrów pod ziemią wśród spadających gwiazd? Jak dla mnie petarda, a właściwie to bardziej granat przeciwpancerny typ RPG-43, który sprawił, że po bardzo cichym poranku, tak cichym, że pierdnięcie muchy brzmiało jak wybuch wulkanu, powoli zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Bo jak tu powstrzymać krtań od drgań, gdy serce z nadmiaru piękna wprost pęka? (Nawet nie czuje jak rymuje… O Boże, ja tworzę!)

Rumunia

Ale to jeszcze nie wszystko, bo gdy zeszliśmy jeszcze niżej, to czekał na nas rejs małą łódeczkę wśród kosmicznych instalacji, po tafli solnego jeziora położonego (bagatela!) 120m pod ziemią. I wtedy w końcu uśmiechnęłam się tego dnia po raz pierwszy.

Rumunia
Rumunia

W kopalni Tudra sól wydobywano już za czasów starożytnych, a eksploatację zakończono w roku 1932. Od tego czasu Salina miała wiele zastosowań: od schronu przeciwbombowego podczas wojny, przez magazyn do przechowywania sera, aż po najbardziej spektakularny park rozrywki na świecie, odwiedzany przez 2 miliony turystów rocznie.

Rumunia: Wulkany błotne

Wulkan błotny to owoc burzliwego romansu wydobywającego się gazu ziemnego z wodami podziemnymi. W wir namiętnych uniesień zostaje uwikłany bogu ducha winny piasek, muł lub ił, który próbując się uwolnić się z toksycznych relacji wydostaje się na powierzchnię. Każdego szkoda, ale nie każdego żal, szczególnie, że dzięki tej patologii mogłam pospacerować po kawałku Księżyca.

Rumunia
Spacer po księżycu
Rumunia
Rumunia

Vulcanii Noroioși Pâclele Mari

Nasze doświadczenia z wulkanami błotnymi są słodko-kwaśne – na Islandii nas zachwyciły, a w Azerbejdżanie znacznie bardziej od samych wulkanów podobała nam się droga do nich… Ale jak to mówią „No risk, no fun”, więc postanawiamy przekonać się jak zasmakuje nam ich rumuńska odmiana. Wchodzimy na teren Pâclele Mari i co prawda na księżycu (jeszcze) nie byłam, ale właśnie tak go sobie go wyobrażam. Plujące kominy wulkanów, przepastne wąwozy, błotne jęzory i małe baseny z mazią słodko pyrkającą jak w rosole – mogłabym tu wędrować godzinami. No właśnie – „mogłabym”, gdyby nasza Rumunia nie była złośliwą Rumunią, i nie postanowiła z nas zmyć nie tylko kurz czwartku, ale całego tygodnia.

Wulkany błotne w Berce – Vulcanii Noroioși Pâclele Mari
Rumunia
Niezwykłe, błotne rzeki
Rumunia

Beciu Paclele

Chowamy się pod dachem pobliskiej restauracji, która pociesza nas pysznym jedzeniem. Gdy głód fizyczny zostaje zaspokojony, budzi się w nas chrapka na zobaczenie kolejnych wulkanów. Co prawda, gdzieś tam z tyłu głowy majaczy mi myśl, że niedawny deszcz i błoto to zapowiedź jazdy bez trzymanki, ale i tak postanawiamy zdobyć Beciu Paclele.

Drugie skupisko wulkanów okazuje się na wpół dzikie, więc parkujemy samochód w krzaczorach. Schodzę na dół ścieżką, która tak się cieszy na mój widok, że bez ostrzeżenia postanawia się przytulić do moich pleców. Dobra ze mnie żona, więc krzyczę do Dawida, by uważał na zdradliwą, niczym gotujące się mleko, drogę, ale kto by tam żony słuchał. Po chwili przychodzi mój małż, wściekły jak osa i opanierowany błotem jak niedzielny schabowy. Próbowałam, uwierz mi, naprawdę próbowałam się powstrzymać, ale przez moje zasznurowane usta i tak wymsknęło mi się tak ciche, jak kąśliwe: „a nie mówiłam?” Dawid morduje mnie wzrokiem, odwraca się i wraca do samochodu, przeklinając pod nosem. „Ty też terefere” myślę sobie i bardzo kibicuje drodze podczas kolejnego starcia z moim małżonkiem, dreptającym radośnie już w czystych ciuchach. Tym razem utrzymał chłopak pion. A szkoda…

Rumunia

Beciu Paclele jest zbiorem bulgoczących wanien, w których człowiek ma wielką ochotę zażyć kąpieli błotnej. Nie jest to jednak najlepszy pomysł, gdyż wydobywający się z błotem gaz (składający się z metanu, helu i azotu) może być żrący, a zapalenie papierosa w tym rejonie to dość … rozrywające doświadczenie. Nie pozostaje nam nic innego jak po prostu zachwycać się tym kawałkiem księżyca na ziemi.

Rumunia

Do Pâclele Mici, trzeciego skupiska wulkanów, nie docieramy w ogóle, bo padamy za zmęczenia w naszym wynajętym, luksusowym namiocie. Mój błogi sen przerywa skowyt wilków. Tuż przy moich uchu.

O naszym bliskim spotkaniu trzeciego stopnie z wilkami przeczytasz tutaj

Rumunia
Pâclele Mici – tam gdzie Pluskoty nie dotrą, tam drona poślą

Vama Veche

Gdy tylko tu przyjechałam, od razu poczułam w sobie chęć, by spalić stanik. Nie no, żartuję, ale fakt faktem, od razu poczułam w powietrzu zapach wolności i mój wewnętrzny hippis popłakał się ze szczęścia.

Rumunia

Vama Veche to cudowne miejsce, którego absolutnie nie spodziewałam się w Rumunii. Piaszczysta plaża z kosmatymi parasolkami, dziki camping tuż nad klifem, parę podstarzałych hipisów, jeden zbok i maki. Bezkresny ocean maków.

Rozstaw się gdzie chcesz i rób co chcesz. Pamiętaj jednak, by zostawić po sobie tylko ślady stóp, zabrać tylko wspomnienia i wykorzystać tylko czas. Tylko tyle albo aż tyle.

Mieliśmy być tu przejazdem, ale zostaliśmy na dłużej. Bo z poczucia wolności najtrudniej zrezygnować.

W wyniku II wojny bałkańskiej Rumunia wchłonęła małą rybacką wioskę Ilanlîk i nadała jej nazwę Vama Veche, czyli “stare zwyczaje”. Spokojna i odludna wieś w czasach dyktatury Nicolae Ceaușescu stała się schronieniem dla wszystkich, którym z Ceaușescu było nie po drodze. Wolne duchy, outsiderzy, buntownicy, intelektualiści i artyści w zamian za brak wygód otrzymywali tutaj wolność myślenia i tworzenia.

Vama Veche stało się hippisowską oazą, do której nie docierała reżimowa polityka, a jej miejsce zajęła artystyczna ekspresja.

Rumunia
Przekozacki darmowy camping na klifie

Dziś Vama Veche jest już dziabnięte kłami komercji, które co prawda odbierają mu miano „autentycznej wioski hippisowskiej”, ale nie pozbawiają magnetycznego uroku osobistego.

Zamek Bran

„Zdecydowanie przereklamowany. Zamek i ogród ładne, ale bezpośrednie otoczenie, a przede wszystkim organizacja zwiedzania, bardzo słabe. Jeśli nie macie po drodze, nie warto specjalnie przyjeżdżać.”

„Cała otoczka to masakra, omijajcie szerokim łukiem, jeden wielki chiński bazar, kolejka, chyba nie przesadzę że sto metrów, korki po kilkaset metrów przed miejscowością, parkingi zapchane”.

To nie są odosobnione opinie dotyczące zamku Draculi, dlatego też byliśmy bardzo blisko pominięcia jednej z największych atrakcji Rumunii. Jednak przez przypadek znaleźliśmy się w Bran i stwierdziliśmy: „jak źle może być?”. I wiesz co?  W ogóle nie było źle. Zamek jest piękny, pełen eksponatów i ciekawych historii. Nam najbardziej podobało się multimedialna część poświęcona Drakuli i innym kreaturom, choć widać, że wystawa jest już nie pierwszej świeżości.

A co do wspomnianej hordy turystów, to my ze względu na koronkę tego nie doświadczyliśmy, ale myślę, że w sezonie warto zakupić bilety online i stawić się u bram odpowiednio wcześniej.

Rumunia
Jeden z najciekawszych zamków w Rumunii

Jak widać czasem dobrze jest nie słuchać ciotek-dobra-rada i przekonać się o tym, czy warto, na własnej skórze.

Sighisoara

Sighisoara to prawdziwa diva wśród rumuńskich miast. Spod etoli z zielonych wzgórz wyłania się jej suknia utkana z setki kolorowych kamieniczek, zgrabnie spięta murami obronnymi cytadeli. Na swojej ręce nosi dumnie przepiękny czasomierz z 1556 roku, a na piersi broszkę z kościołem na Wzgórzu.

Rumunia
Rumunia

Według legendy to właśnie spod tej sukni na świat wydostaje się Wład III Palownik, zwany też Draculą, czyli synem Diabła. Dosłownie i w przenośni.

Jako władca Dracula postanowił sprostać przydomkowi. Skazywał na palowanie nawet za drobne wykroczenia. Nie oszczędzał kobiet ani dzieci. Poza ulubionym palowaniem nakazywał gotować żywcem ludzi uprzednio obdartych ze skóry. Ich ciała wystawiał następnie publicznie ku przestrodze pozostałych mieszkańców, dzięki czemu za jego czasów Wołoszczyzna stała się niesamowicie bezpiecznym i praworządnym miejscem. Makabryczne, wiem, ale podobno nie był okrutniejszym władcą od przeciętnego średniowiecznego króla. Podobno…

Przydomek „Palownik” nadali Władowi jego najwięksi ówcześni wrogowie – Turcy. Gdy wkroczyli do Targoviste ujrzeli przed sobą przerażającą „dekorację” przydrożną, składającą się z jeńców tureckich (mężczyzn, kobiet i dzieci) nabitych na pale i ustawionych w szpaler szeroki na kilometr i długi na trzy. Samych pali miało być dwadzieścia tysięcy. Delikatnie rzecz ujmując Turkom zmiękło morale.

W 1446 roku Dracula zmarł na syfilis. To zabawny chichot losu, że jego głowa zakończyła tak jak lubił najbardziej, zatknięta na wysokim słupie górującym nad Konstantynopolem.

Średniowiecze – Ci to umieli się bawić 😀

Rumunia

Rumunia z nutką adrenaliny

Seven Ladders Canyon
Poziom: bułka z masłem

Szlak zaczyna się dość niepozornie, ot górki, dróżka i strumyk. Po chwili wszystkie elementy ulegają scaleniu, a nasza ścieżka zyskuje 100% wilgotności. Gdyby gibkość naszych ciał nie przypominała giętkości bejzbola zanurzonego w betonie, można by było pokusić o wygibasy, mające na celu zachowanie suchości w butach, ale cóż… jest jak jest.

W drewnianej chatce kupujemy bilety i podążając za czerwonymi kropkami docieramy do drabinowego raju. Wśród skał porozpinane są platformy, którymi wspinamy się na coraz wyższy poziom epickości.

Rumunia

I tu następuje moment, który jest dla nas bolesny niczym potarcie palcem oka tuż po tym, jak zjadło się nim papryczkę Habanero. Nie wzięliśmy ze sobą wystarczającej ilości gotówki, więc zamiast pokonywać drogę powrotną zjeżdżając na epickich tyrolkach, schodzimy na dół na własnych kończynach.

Widok zadowolonych ludzi, odbywających loty w koronach drzew, skręca nam jelita, dlatego też rada dla Ciebie: nie bądź jak Pluskoty, weź ze sobą gotówkę i przeżyj przygodę życia.

Wąwóz Ramet
Poziom: jazda bez trzymanki. 

Cały kanion to jedna wielka ściana wspinaczkowa, którą pokonujesz albo robiąc szpagaty pomiędzy prętami wbitymi w ścianę, albo trzymając się kurczowo łańcuchów i próbując nie stracić godności w nurcie rzeki.

Rumunia
Takie zabawy Pluskoty lubią najbardziej!

W Internecie czytaliśmy, że jest to idealne miejsce dla rodzin z dziećmi. Są dwie opcje: albo jesteśmy straszne boidupy albo ulewne deszcze zrobiły swoje, bo gdy w połowie drogi zobaczyliśmy, że mamy przeprawić się przez rwący niczym rwa kulszowa nurt rzeki, najzwyczajniej w świecie wymiękliśmy. Tzn. ja chciałam iść dalej, ale usłyszałam od mojego męża coś o nierównym suficie, a że nie miałam akurat przy sobie poziomicy, aby to sprawdzić, postanowiłam również dokonać odwrotu.

Niezależnie od poziomu trudności mokre buty, parę siniaków i świetna zabawa gwarantowana!

Rumunia: Transfogarska

Tej pani chyba nikomu nie muszę przedstawiać, bo Transfogarska to highlight każdej wycieczki do Rumunii. Jednak, żeby taka wycieczka się udała, musisz wiedzieć kilka rzeczy:

Transfogarska jest zazwyczaj zamknięta do początku lipca. Zamknięta, zastawiona, monitorowana, no po prostu nie przejedziesz.

Jeżeli pocałowałeś zakaz wjazdu jest jeszcze inna opcja zdobycia Transfogarskiej, a mianowicie atakując ją z kolejki linowej. Opcja droga, ale warta swej ceny. Płatność tylko gotówką. Wagoniki nie kursują przy niekorzystnych warunkach atmosferycznych.

Północna część jest ZNACZNIE ciekawsza od południowej.

Unikaj weekendów. Hordy rumuńskich i zagranicznych turystów skutecznie uprzykrzą Ci to miejsce.

Koło Balea Lake jest całkiem przyzwoita restauracja, serwująca dobre jedzenie w przystępnej cenie.

Koło tamy warto wdrapać się na wieże widokową, by w pełni docenić ogrom przedsięwzięcia.

Rumunia
Gdy wszystkie inne sposoby dostanie się do Balea Lake zawiodą, ostatnią deską ratunku jest przejażdżką kolejką linową
Rumunia
Warto było!
Rumunia
Patrząc na te połacie śniegu, skutecznie uniemożliwiające przejazd, człowiek w końcu rozumie, dlaczego droga jest zamknięta.
Rumunia

Przy drodze można spotkać niedźwiedzie-żebraki. I choćbym nie wiem jak Cię kusiło, by poczochrać słodkiego, puszystego misia i zrobić sobie z nim słitfocie, ZAKLINAM CIĘ, nie rób tego! To wciąż są dzikie zwierzęta i niejeden lekkomyślny turysta już się o tym przekonał.

I choćby Twe serducho miękło na widok misia pysia, to pamiętaj, że dokarmianie prowadzi m.in. do utraty instynktu przez zwierzęta, który w dalszej perspektywie prowadzi do śmierci. Dokarmianie to zła karma, zwierzę nie powinno spożywać przekąsek przeznaczonych dla człowieka.

Rumunia
Niezwykłe przeżycie, móc zobaczyć niedźwiedzia z tak bliskiej odległości. Oczywiście zza szczelnie zamkniętych okien,

My o tym wszystkim nie wiedzieliśmy, dlatego też nasza próba zdobycia Transfogarskiej wyglądała tak:

Rumunia: Viscri

Podczas naszego pobytu na ziemiach Siedmiogrodu zajrzeliśmy do kilku kościołów warownych i gdybyśmy mieli polecić Ci tylko jeden, zdecydowanie byłby to ten znajdujący się w małej wioseczce Viscri. Dobrze zachowany, z licznymi wieżami, na które możesz się wdrapać i eksponatami, które możesz dotknąć, pozwoli Ci za parę RONów odbyć podróż do przeszłości.

Rumunia
Wieś początkowo pojawiała się w dokumentach pod łacińską nazwą Alba Ecclesia, czyli „Biały Kościół”, pochodzącą od koloru murów świątyni

Sama wioska sprawia wrażenie, jakby czas zatrzymał się w niej 70 lat temu. Żałujemy, że nie wynajęliśmy sobie pokoju w jednym z pstrokatych saskich domów i nie zostaliśmy w Viscri dłużej, by leniwie włóczyć się po okolicy i chłonąć jej niezwykły klimat, mocno w stylu slow.

Rumunia
Rumunia
Rumunia

Rumunia: Maramuresz

Maramuresz, odcięte od reszty świata przez wysokie masywy górskie, przez długi czas był obszarem trudno dostępnym i jednocześnie samowystarczalnym. W tak sprzyjających warunkach doszło do wytworzenia unikalnej kultury, która widoczna jest tu dosłownie na każdym kroku.

Jak niedziela to tylko do … Maramuresz!

Bo to właśnie w niedzielę można zaobserwować kolorowy korowód zmierzający w stronę kościoła. Mieszkańcy Maramuresz z dumą noszą swe tradycyjne stroje. Do białej, haftowanej koszuli panowie zakładają finezyjne kapelusze i serdaki, a panie kwieciste chusty i spódnice. Co ciekawe w każdej dolinie ubiór jest inny – można to dostrzec zwłaszcza we wzornictwie i kolorach spódnic oraz kształtach kapeluszy.

Maramurski Manhattan

Właściwie każda maramurska wieś ma na stanie zabytkową, drewnianą cerkiew ze strzelistą wieża. Warto wejść przynajmniej do jednej z nich, by zobaczyć przepiękne polichromie, przedstawiające rozmaite biblijne sceny czy żywoty świętych.

Rumunia

Jednak jak to zrobić, gdy większość cerkwi pozamykane jest na cztery spusty? Nic prostszego! Wystarczy zadzwonić do opiekuna cerkwi, którego numer telefonu najczęściej wywieszony jest przy wejściu do świątyni, by po chwili ktoś zjawił się z kluczami i za drobną opłatą (ok. 5RON/osoba) wpuścił nas do środka.

Najbardziej reprezentatywne cerkwie, która znalazły się na liście UNESCO znajdują się w miejscowościach Decesti, Barsana, Rogos, Ieud, Budesti, Plopis, Izei, Surdesti .

Pokaż mi swą bramę, a powiem Ci jaki jest Twój status społeczny

Okazałe, bogato zdobione, drewniane bramy są obok drewnianych cerkwi znakiem rozpoznawczym regionu Maramuresz. Nie sposób ich nie zauważyć. Teoretycznie powinny być talizmanami oddzielającymi nieznany i złowrogi świat zewnętrzny od bezpiecznego ogniska domowego, praktycznie były znakiem przynależności do grona lokalnej szlachty.

Rumunia

Najwięcej ciekawych bram znajdziesz we wsi Mara, Budesti i wszystkich miejscowościach w Dolinie Izy

Rumunia

Wesoły Cmentarz

Nie wiem, czy Ty też masz swój ulubiony cmentarz, ale ja mój znalazłam właśnie w Rumunii. Cmentarz w Sapancie pokazuje, że nawet do tematu tak bolesnego jak śmierć można podejść z poczuciem humoru. Nie znajdziemy tu ani żałobnej czerni ani zdjęć rodem z kroniki kryminalnej. Zamiast tego wszystkie krzyże na nagrobkach są pomalowane na niebiesko (kolor ten nosi nazwa sapanta blue) i opatrzone są radosnymi rysunkami oraz humorystycznymi pieśniami opisującymi życie zmarłego. 

Rumunia

O rysunku i tekście, który pojawi się na nagrobku decyduje rzeźbiarz, ale wcześniej stara się on skonsultować z rodziną, by treść jak najlepiej charakteryzowała zmarłego. Oto przykład:

Pod tym ciężkim krzyżem,
Biedna moja teściowa spoczywa.
Wy, którzy przechodzicie obok
Spróbujcie jej nie obudzić
Jeśli do domu wróci
O głowę mnie skróci.

Nie wiem jak Ty, ale ja jestem ciekawa, jak wyglądałby mój nagrobek 😉

Rumunia: Kluż-Napoka

Wobec Kluż nie mieliśmy żadnych oczekiwań, miało po prostu stanowić wygodną bazę wypadową do Salina Tudra.

Jakież więc było nasze zdziwienie, gdy wieczorem wyruszyliśmy na miasto, które absolutnie nie miało zamiaru zasypiać. Miałam wrażenie, że to właśnie w Kluż zgromadzili się wszyscy młodzi z całej Rumunii, by dać się porwać szaleństwu nocy. Knajpki, restauracje, ulice – wszystko aż wibrowało, zapowiadając party hard so samego rana.

Rumunia
Che Guevara Social Pub – bardzo klimatyczna knajpka z dobrą muzyką i dobrą sziszą

I pewnie tak by się stało, gdyby nie koronka i zamknięcie wszystkich lokali tuż po północy…  Wkurzyliśmy się (delikatnie rzecz ujmując), bo nasze bioderka już zaczynały się gibać na prawo i lewo, ale cóż, przynajmniej mamy powód, by tu wrócić!

Rumunia
Wymarłe miasto, a miało być tak pięknie!

Jeżeli spodobał Ci się nasz wpis, miło nam będzie jak puścisz go dalej.
Myślę, iż mogą Cię zainteresować również te wpisy na naszym blogu.
Nasze podróże możesz śledzić na bieżąco na facebooku i na instagramie.
Dzięki, że byłeś z nami tu przez chwilę <3
Do zobaczenia gdzieś w drodze!

Z wykształcenia dietetyk, z zamiłowania podróżnik. Na swoim koncie ma 33 odwiedzone kraje i apetyt na zdecydowanie więcej. Maniaczka organizowania podróży na koniec świata. Podwładna dwóch rozpieszczonych kotów.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x
G-8ZVJD2KRYR