fbpx
Ekspedycja Epress

EKSPEDYCJA EXPRESS

Cieknące niebo rozbija się o szyby naszego samochodu. Siedzimy w ciszy, którą co rusz rozdziera zgrzyt wycieraczek.

O czym do siebie milczymy?

Ja trochę się stresuje tym, co nas czeka. Po standardowej euforii z powodu zakupu biletów naszła mnie typowa refleksja: „Magda … Po co Ci to wszystko? Czemu znowu wpakowałaś się w jakieś guano? Nawet nie wiesz gdzie jedziecie! Pewnie zrobisz sobie krzywdę albo co gorsza polegniesz na którymś zadaniu i na tarczy, oblepiona hańbą i wstydem wrócisz do domu (w najlepszym przypadku) dnia drugiego…”

Im bliżej godziny zero, czyli rozpoczęcia Ekspedycji Express, tym moje rozmyślania nabierają ciemniejszego odcienia. 

Tymczasem Dawid prezentuje postawę anty-Magda, bo poprzedniego wieczoru zeżarłam mu najlepsze kawałki sushi. Wiele może mi wybaczyć, ale na pewno nie to.

Dlatego też PRAWIE pełni optymizmu i zapału docieramy do hotelu we Wrocławiu, gdzie mieści się kwatera główna Ekspedycji Express. W bardzo szybki  i prosty sposób odcinają nas od pomocy i kontaktu ze światem zewnętrznym zamykając nasze telefony w opakowaniu a’la DHL. Otworzyć możemy je w każdej chwili, jednakże tracimy w tym momencie szansę na zdobycie punktów. Ci organizatorzy to jednak szczwane lisy.

3…2….1… GO!

Otwieramy kopertę, w której znajduje się kartka z treścią zadania i  50gr. Musimy je rozmienić na 1groszowe monety i dotrzeć do miejsca opisanego za pomocą koordynat. Niby sprawa prosta, ale nie w kraju, gdzie wizyta w sklepie nie obędzie się bez tradycyjnego „mogę być grosik winna?” 

Ok. 250 uczestników Ekspedycji Express rozbiega się po Wrocławiu niczym karaluchy po Nowym Yorku, co wcale nie ułatwia sprawy. Jeszcze w samochodzie ustaliliśmy między sobą, iż ze względu na stan naszych odnóży nie będziemy się szarżować. Dlatego też właśnie teraz biegamy po mieście jak po wypiciu kawy, wody z cytryną i środków moczopędnych jednocześnie. W akcie rozpaczy Dawid wbiega nawet do salonu tatuażu, na co patrzę z nutką politowania w kąciku oka. Jest to ostatnie miejsce na ziemi, o którym pomyślałabym, że może mieć drobne. No bo przecież kto płaci za tatuaż miedziakami, co nie? Tymczasem Pan tatuażysta z Ukrainy dysponuje mnogością grosików i Dawid – stary fartowny piernik – rozmienia wszystko i jeszcze pan sprawdza mu miejsce, do którego musimy dotrzeć… 
Jak to możliwe – nie wiem. Najważniejsze, że  nie polegliśmy na pierwszym zadaniu! Hip hip! hura!

Gdy koszmar staje się rzeczywistością

Przy pierwszym finale Ekspedycji Express nie jesteśmy ostatni. Cudownie! Do rozliczenia się z zadania mamy tylko jedno podejście. Przezornie więc odliczam Dawidowi do łapki dokładnie 50gr w jednogroszówkach. Dla pewności Dawid przelicza to jeszcze raz. Do drugiej łapki daje mojej miłości życia, mojej drugiej połówce jabłka pozostałe miedziaki i srebrzaki, co by nie pomylił.

Chyba już się wszyscy domyślają, w którym kierunku zmierza ta historia…

Podchodzimy do stanowiska, a tam już czekają na nas wagi, na które mamy wrzucić odliczoną kwotę. Dawid wyciąga dłoń, ptaki milkną, wiatr zamiera, Ziemia zastyga w półobrocie, a z niej wypadają 20gr, 5gr i parę jednogroszówek…

MZP: Co Ty do cholery zrobiłeś?! Mieliśmy tylko jedną szansę!!
DP:  Nie pomyślałem, nie wiedziałem, pomyliłem dłonie…

MZP milknie, ale jest to milczenie złowrogie jak Darth Vader, jak Sam-wiesz-kto z Harrego Pottera, jak polonistka z liceum.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………….
(Tu zostawiam miejsce na wpisanie dowolnych przekleństw, które na pewno pojawiły się w głowie Magdy)

Pierwsze zadanie i już polegliśmy. Jest to urzeczywistnienie moich najgorszych koszmarów. Bramy piekieł rozwierają swoje paszcze i wciągają nas w swoje czeluści.

Grunt to się nie poddawać

Jedyne pocieszenie jest takie, że skoro już sięgnęliśmy dna, to teraz musi być już tylko lepiej.

Dostajemy kolejną kopertę i kolejne zadanie. Wskazówki dotyczące następnego miejsca do którego musimy dotrzeć są dość enigmatyczne. Wiemy na przykład, że burmistrzem jest niejaki Mirosław i znajduje się tam znany kamień.

Bułka z masłem!
Żartuje.
Pumpernikiel z masmixem.

Zadanie utrudnia nieco (a nawet bardzo) fakt, iż wciąż nie mamy dostępu do telefonów. Udaje się nam rozwiązać zagadkę nagabując bogu ducha winnych przechodniów, jednakże wciąż nie wiemy, jak tam dotrzeć. Mało tego, nie do końca wiemy, gdzie my właściwie jesteśmy, gdzie łapać stopa albo skąd i o której odjeżdża następny autobus, a nawet bardziej prozaicznie: która tak właściwie jest godzina? Kompletna abstrakcja! A wcale nie uważam się za osobę uzależnioną od telefonu…

Korzystamy więc z archaicznej metody pt. „spytaj o drogę drugiego człowieka”, która okazuje się, że wciąż działa! Niesamowite!

Do przodu, pod górę, pod prąd!

Docieramy do Sobótki i rozpoczynamy poszukiwania jakiegoś kamienia. Sytuacje ułatwia fakt, iż całe stada innych uczestników podążają w jednym kierunku i wyglądają na takich co już wiedzą, co to za kamień. Jak gdyby nigdy nic, krok za kroczkiem, cichociemnie, doklejamy się do nich.

Organizatorzy nie znają litości i okazuje się, że kolejne zadanie znajduje się na szczycie góry. NIENAWIDZĘ chodzić po górach, a co dopiero wdrapywać się na nie z całym swym dobytkiem na plecach.

Magda myśli, by rzucić to wszystko w pierony po raz pierwszy
.

Ostatkiem sił wpełzamy na szczyt i sczytujemy QR-kod. Musimy rozwiązać dwa niby proste, acz podchwytliwe zadania matematyczne, które pozwolą nam odczytać współrzędne miejsca, gdzie będziemy mogli delektować się pysznym surstrommingiem. Co to takiego? Najprościej rzecz ujmując: zdechły szwedzki śledź. Bardzo cieszymy się na tę atrakcję, jednakże nie jesteśmy w stanie odczytać nic z mapy alternatywnej jakości.

Dostaje cynk, że pan ze stojącej obok wieży Bismarcka może coś więcej wiedzieć. Kręcę się więc wokół niego jak jelita po zjedzenia kebaba na tyle długo, aż dla świętego spokoju tłumaczy mi, że mamy podążać za znakami z niedźwiadkiem. No nareszcie!

Przepraszam, co tu tak …?

Odnajdujemy punkt ze szwedzkim przysmakiem i Dawid sam zgłasza się na ochotnika, by go zjeść. Ma to być jego samobiczowanie się za akcje grosikową. Łaskawie się zgadzam się, bo przecież nie lubię się kłócić (aż się zakrztusiłam pisząc to). Podobno istnieje kategoryczny zakaz otwierania puszki ze Surstrommingem w zamkniętych pomieszczeniach, bo wszystko przesiąka zapachem zgnilizny i przez miesiące nie jesteś w stanie pozbyć się tego fetoru . Brzmi smakowicie, nieprawdaż? Dawid wyciąga mały kawałek i wrzuca sobie go do ust i …. leci w krzaki. Próbuje się pozbyć śledzia, ale ten już się zadomowił w jego żołądku i ma niecny plan co jaki czas przypominać o swoim istnieniu. Radość organizatorów: bezcenna.

– Dawidzie opisz nam proszę jak smakował Ci Surstromming?
– Hmmmm… trudno to opisać słowami i oczywiście trzeba to samemu skosztować by ocenić. Mogę jedynie napisać, iż smakowało jak zrujnowane dzieciństwo, utrata nadziei rozbitka na dotarcie do brzegu albo puste konto 3 dni po wypłacie. Także serdecznie polecam spróbować i osobiście rozkoszować się smakiem.

Ekspedycja Express
Dawid poczuł moc śledzia.

Autostop, autostop. Wsiadaj, bracie, dalej, hop.

Przyszedł w końcu czas na ten nieszczęsny autostop. Pierwsze co robimy, to ustawiamy się w złym miejscu, o czym informują nas miejscowi pukając się porozumiewawczo w głowę. Brawo my! Docieramy na skrzyżowanie, na którym dowiadujemy się, że wzięliśmy ze sobą wypisany marker. Dobry początek.

Jak wygląda autostopowanie według Pluskotów:

1.      minuta: uśmiech od ucha do ucha, stoimy zadowoleni, na pewno się uda
2.      minuta: 75% szerokości uśmiechu,  mniej zadowoleni, pewnie zaraz ktoś się zatrzyma
3.      minuta: uśmiech na pół gwizdka, ale się nie poddajemy, może ktoś się W KOŃCU zatrzyma
4.      minuta: cień uśmiechu, początkowa rezygnacja, pewnie się nikt nie zatrzyma
5.      minuta: uruchomienie uśmiechu hostessy nr 5, czyli niby się uśmiecham, ale w głowie myślę: “zostaniemy tu na zawsze”

Mój spadek energii i wiary w to, że się uda chyba był wyczuwalny na kilometr, bo z trasy zbiera nas nie kto inny jak …. bioenergoterapeutka! Zostawiła gdzieś swoje dzieci i wróciła specjalnie po nas! Dawid, czując wciąż śledzia w swoich trzewiach, cieszy się z podwózki w sposób niezwykle milczący.

Sympatyczna kobieta zostawia nas na przydrożnym i już po chwili zbiera nas parka podróżująca starym, pięknie odrestaurowanym mercedesem do Albanii. Tyle wygrać! Opowiadamy im o tym, co dziś robiliśmy. Tak, to wszystko zrobiliśmy od rana. Nie, nie wiemy dokąd zmierzamy i co nas tam czeka. Tak, płacimy za to.

Ekspedycja Express
Może i niekomfortowo, ale do przodu!
Pole. Wszędzie pole. Nic, tylko pole.

Wystrzelani jak kaczki

Wysiadamy w Kłodzku pod fortem i nie do końca jesteśmy pewni, czy chcemy tam wejść. Ludzie, którzy stamtąd wracają nie wyglądają na zadowolonych.  Nic dziwnego, w końcu właśnie zarobili parę kulek w plecy. Przebieramy się w ciuchy kuloodporne (pelerynke przeciwdeszczowa i polar), bierzemy karimaty w dłoń, organizujemy się w grupę i wyruszamy na rzeź. W krzakach czai się czterech snajperów. Jeżeli myślisz, że skoro za to wszystko płacisz, to może zlitują się nad Tobą, to się bardzo mocno mylisz. Jedyna szansa na zmniejszenie ilości obrażeń tkwi w Twoich nogach, a konkretnie w szybkości z jaką nimi przebierasz.

Wbiegamy do namiotu sczytujemy QR kody i  wracamy z powrotem.  Po wszystkim dostajemy punkty, chyba przede wszystkim za odwagę. Tyle tylko, że Dawid zapomniał karty gry i musimy biec jeszcze raz. Ja stwierdzam, że ni chu chu już tam nie wrócę. Dawid biegnie więc jeszcze raz sam,  ku wielkiej, niezmiernej, nieograniczonej wręcz radości snajperów.

Ekspedycja Express
Run, Forrest, run!

Ciężko jest lekko żyć

Naszym kolejnym punktem podróży okazuje się położony za górami, za lasami, za 338 kilometrami … Wiedeń. Fajnie, fajnie, ale na dziś nam już chyba tego wszystkiego wystarczy. Dołączamy do ekipy, która dogadała się z właścicielem hotelu, iż możemy tu nocować w zamian za zakup śniadania. W nocy integracja trwa najlepsze, ale ja jestem wykończona i od razu bunkruje się w namiocie. Jest tak okrutnie zimno, że nakładam na siebie wszystko co możliwe, co pozwala mi przestać się trząść na tyle, że jestem w stanie zasnąć…

Czy warto było szaleć tak…?

Tak minął nam dzień pierwszy Ekspedycji Express. Czyż nie wygląda to Wam na wakacje marzeń? Nie? A jednak dla nas takie były. Wybiły nas totalnie ze strefy komfortu, zmusiły do interakcji z innymi ludźmi, zaufania im i niejednokrotnie powierzenia im naszego losu. Zmierzyliśmy się ze swoimi słabościami i osobistymi koszmarami (karuzela krzesełkowa na wysokości 120!!)

Dla mnie najpiękniejsze momenty wyścigu to te, gdy dostawaliśmy zadania według nas absolutnie nie do wykonania typu zrobienie piłki z jajka albo wypatroszenie i usmażenie ryby na deptaku w centrum Rijeki. Dokładnie w tym momencie, gdy mieliśmy zamiar rezygnować, pojawiały się inne teamy, które stwierdzały: „to co, robimy to?!” Dzięki tym fantastycznym ludziom zrobiłam rzeczy, o które bym się w życiu nie podejrzewała.

Ekspedycja Express – robisz to ULTRA dobrze!

Jeżeli też chcesz wziąć udział w Ekspedycji Express to wystarczy kliknąć o tu http://ekspedycjaexpress.pl/ i już jesteś na dobrej drodze, by wybić się ze strefy komfortu wprost na orbitę księżyca.

Z wykształcenia dietetyk, z zamiłowania podróżnik. Na swoim koncie ma 33 odwiedzone kraje i apetyt na zdecydowanie więcej. Maniaczka organizowania podróży na koniec świata. Podwładna dwóch rozpieszczonych kotów.

Dodaj komentarz

UA-130644767-1