fbpx
  • Home
  • /
  • Kraje
  • /
  • Macedonia – rendez vous z sercem Bałkanów

Macedonia – rendez vous z sercem Bałkanów

Nasz sielankowy nastrój, w który wprawił nas pobyt w uroczym mieście Berat, zostaje zepsuty przez dziwny i donośny dźwięk dobiegający z wydechu Hondy. Moja tradycyjna metoda naprawy „podgłosnij radio” niestety nie pomaga, a buczenie Civica straszy okoliczne ptactwo i niepokoi krowy. No cóż, w każdej podróży coś musi pójść nie tak.

A propos nie tak… Docieramy do granicy albańsko-macedońskiej, gdzie poważny pan graniczny każe zjechać nam do jakiegoś hangaru na trzepanko. Niekorzystnie. Na miejscu spotykamy drugiego, bardziej sympatycznego pana, który zagaduje nas tradycyjnym: „Polska?! Lewandowski!”. Jak się jednak szybko okazuje, jego sympatia jest bardziej skierowana w stronę pieniędzy niż w naszą stronę. Informuje nas, iż albo „money money”, albo będzie bardzo dokładnie i bardzo długo sprawdzać każdy zakamarek naszego samochodu. Uzgadniamy z Dawidem, że damy mu jakieś fuckmoney, ale chciwy pan wyłudza od Dawida znacznie więcej. Jestem zła, ale jedziemy. Honda buczy, ja buczę, generalnie jedno wielkie „buu”. Panu granicznemu życzę z całego serca, aby dostał sraczki i zabrakło mu papieru toaletowego. Mało tego! Żeby wdepnął bosą nogę w klocki Lego. O!

Ochryd – macedońskie miasto – pocztówka

Docieramy do Ochrydu w paskudnych nastrojach. Jednakże im dłużej szwendamy się po mieście i zagłębiamy w jego zakamarki, tym humory mamy lepsze. Brukowane uliczki, piękne widoczki rodem z okładki Rainbow Tours, mury obronne, kościoły i kościółki, restauracyjki oraz kawiarenki na każdym rogu stanowią skuteczny lek antydepresyjny.

Zachodzimy na okoliczne targowisko, na które warto zajrzeć z dwóch powodów:
1. Aby zanurzyć się w miejscu mało/mniej turystycznym i wypełnionym autochtonami
2. Aby uzupełnić zapasy jedzenia, dobrego jedzenia, bo wszystko jest tutaj BIO, EKO oraz Hand-made i to nie tylko z nazwy.
Na targu spotykamy panią, która tak mnie zagarnia opowieściami o zięciu z Polski, pyszną rakiją i całym swoim jestestwem, że kupuję rzeczy, które w ogóle nie są mi potrzebne. To się nazywa marketing – zmiękczyć rakiją, wzmocnić efekt degustacją produktu i odwołać się do patriotyzmu. Szach mat!
Innymi słowy nie miałam szans.

Macedonia Ochryd
Macedonia Ochryd

Szuwary, szuwary …

Wyruszamy w dalszą podróż przy akompaniamencie coraz to głośniejszych utyskiwań Hondy. Stan naszego auta mocno stresuje Dawida, a mnie stresuje zestresowany Dawid. Zmierzamy w kierunku wioseczek, które w Internetach opisywane były jako „piękne, unikatowe, warte nadrobienia kilometrów”. Na miejscu zastajemy podupadłe, pozabijane dechami budyneczki, a ulicami przetaczają się burzany. Żałość, nędza i ból zęba. Kto by przypuszczał, że Internety kłamią? Z jedzenia w dobrej restauracji nici, podobnie jak z noclegu w mega-klimatycznym monastyrze (zamknięte z powodu tego, że nieczynne), więc jedziemy nad jezioro Prespa poszukać jakiejś alternatywnej miejscówki na noc.

Ostatecznie, po trudach i znojach, i zawiadomieniu buczeniem naszego samochodu wszystkich okolicznych mieszkańców o tym, że kręcą się tutaj jacyś obcy, znajdujemy nocleg na dziko tuż nad jeziorem. I niby wszystko fajnie, wszystko cacy, ale mnóstwo tu dzikich zwierząt, dookoła nas jakieś haszcze i mokradła, z których dochodzi głośne „ćwir ćwir”, „gu gu”, „kle kle”, „rebet rebet”, „hu hu” …. (tu skończyło mi się słownictwo dźwiękonaśladowcze, ale też żaden ze mnie Brzechwa). Palimy sziszę i pijemy wino dla kurażu, ale nie za wiele to pomaga. Idziemy więc spać do auta, które wbrew pozorom i wymiarom stanowi całkiem wygodny barłóg. Nocna defekacja (tak, wiem, że zawsze chcieliście to zapytać) odbywa się z papierem toaletowym w jednej dłoni i z białą bronią w drugiej. Jak nigdy ważne jest, by nie pomylić ręki prawej z lewą.

Macedonia Jezioro Prespa

Błogosławiona cisza

Rano okazuje się, iż w promieniach słońca nasza miejscówka prezentuje się całkiem przyjemnie, a ptasie trele wcale nie są takie złowrogie. Odwołuję więc misję ratunkową, na którą już się gotowała moja ciężarna przyjaciółka i rozpoczynamy poszukiwanie mechanika, bo Dawid jest marudny niczym taksówkarz zapytany o ubera. Już na przedmieściach pierwszego większego miasta zagadujemy mechanika, któremu nie musimy tłumaczyć, z czym mamy problem, w końcu głuchy nie jest. W niecałe 10 minut robi mojemu mężowi i Hondzie tak dobrze, że oboje śmigają tego dnia radośnie i (co ważniejsze) cicho.

Po drodze dość spontanicznie postanawiamy wstąpić do ładnego budynku, który nas zaintrygował. Nasz chytry plan, aby dokonać szybkiej eksploracji i ewakuacji, zostaje zniweczony w momencie, gdy dopada nas sympatyczny dziadek i nim się obejrzymy już oprowadza nas po muzeum. Jako, że nasz macedoński jest w nie najlepszej formie, to Pan opowiada z pasją zapewne ciekawe historie, a my potakujemy głową, że niby rozumiemy. Pewnie wyglądamy na przygłupów. Przygłupów biedniejszych o parę euro za wycieczkę po muzeum wuj-wie-czego. Muszę popracować nad asertywnością.

Czymkolwiek jesteś i do czegokolwiek służysz …

Macedonia off the beaten path

Dla wszystkich fanów urban exploration (zwiedzania rozpadających się budynków) mam nie lada gratkę. Takiego ptysia z kremem. Za dawnych, odległych i minionych czasów nad jeziorem Prespa swoją świetność przeżywały dwa hotele. Czasy świetności przerwał skutecznie pożar i teraz możemy bez krępacji poszwendać się po ich truchłach. Jeden z polecanych do eksploracji hotel okazuje się nie istnieć, dlatego (niespodzianka!) decydujemy się na ten drugi. Dla pasjonatów zgliszczy, ruin i odpadającego tynku jest to zdecydowanie must see i must do.

Macedonia  Otesevo Hotel Europa
Otesevo Hotel Europa

Macedonia i jej perełka

Ostatnim punktem wycieczki jest Monastyr św. Nauma, który robi na nas niemałe wrażenie. Wewnątrz świątyni panuje mrok rozpraszany przez blask świec, pozwalający na podziwianie fresków i pięknego ikonostasu. Na zewnątrz przechadzają się dumne pawie (symbol Macedonii i życia wiecznego), a w tle wdzięki swe prezentuje jezioro Ochrydzkie. Po prostu ŁAŁ. I jest jeszcze wisienka na torcie – brodaty mnich, rodem ze średniowiecznych filmów, który sprzedaje w kasie bilety. Idealny obiekt do sportretowania. Czaje się więc za winklem, ale pan kapłan szybko orientuje się co jest grane i … rozpromienia się! Przegania innych turystów spod kasy, niektóre zdezorientowane owieczki wpuszcza nawet za darmo i pozuje mi, abym miała jak najlepsze ujecie. Dostaje od niego obrazek św. Nauma i uśmiech na twarzy do końca dnia.

Obiad postanawiamy zjeść w restauracji Ostrovo, która serwuje pyszne dania i fenomenalne widoki. Polecam serdecznie, Magda-nie-Gessler-lecz-Zawadzka-Pluskota.

Macedonia Monastyr św. Nauma
Mój ulubiony mnich
Macedonia Monastyr św. Nauma

Żegnaj Macedonio! Witaj Albanio!

Wyruszamy w stronę granicy macedońsko-albańskiej i postanawiamy, iż choćby nie wiadomo co się działo, nie damy nikomu żadnej łapówki. Sprawę ułatwia nam fakt, że nikt od nas łapówki nie chce i już po chwili jesteśmy w naszej ukochanej Albanii. Malowniczą trasą dojeżdżamy do farmy Sotira, gdzie czeka nas wyjątkowo chilloutowy wieczór, prysznice (o tak! tak!) i pyszne jedzenie. Motto wieczoru: „Za pieniądze nie kupisz szczęścia, ale możesz kupić wino, a to już wystarczająco blisko”.

Z wykształcenia dietetyk, z zamiłowania podróżnik. Na swoim koncie ma 33 odwiedzone kraje i apetyt na zdecydowanie więcej. Maniaczka organizowania podróży na koniec świata. Podwładna dwóch rozpieszczonych kotów.

Dodaj komentarz

UA-130644767-1